Twój e-mail:











Różaniec nr 02/704 2011 - WIARA I ŻYCIE

Bakhita, czyli szczęśliwa

Coraz większa jest dzisiaj liczba tych, którzy nie doznając wcale wielkich cierpień, czują się nieszczęśliwi, skrzywdzeni przez Boga, przez ludzi, przez życie. Jeżeli do tego dochodzą jeszcze wielkie światowe dramaty, wówczas w tych nieszczęśnikach giną ostatnie okruchy wiary i nadziei.

Podczas kanonizacji Józefiny Bakhity 1 października 2000 r. papież Jan Paweł II mówił, że może być ona „siostrą nas wszystkich”, ponieważ za jej pośrednictwem Bóg powiedział nam coś o prawdziwym szczęściu.

Na pierwszy rzut oka jej postać wydaje się najmniej właściwym przykładem, ponieważ była jedną z wielu maltretowanych i nieszczęśliwych istot, które wskazywano jako najstraszliwszy dowód zaprzeczający istnieniu Boga.

Od dzieciństwa los niewolnicy

Urodziła się około 1870 r. w afrykańskiej wiosce w Darfurze (dziś zach. Sudan). Kiedy miała sześć lat, została porwana podczas zabawy, gdy niebacznie oddaliła się od zagrody rodziców. Od tamtej chwili pamiętała tylko rzeczy straszne: przerażenie na widok noża, który przyłożono jej do szyi; długie, uciążliwe marsze, płacz, próby uwolnienia z więzów i pejcz smagający po nogach, który miał ją zniechęcić do ucieczki. Ponieważ dziewczynka nie potrafiła powiedzieć, jak się nazywa, jeden z porywaczy rzekł ironicznie do drugiego: „Nazwij ją Bakhita!”. Bakhita – to znaczy: „szczęśliwa, mająca szczęście”.

Jej młode życie naznaczone było ogromnymi cierpieniami, jakich doznawała od kolejnych właścicieli. Najokrutniejsze tortury spotkały ją w domu tureckiego generała, którego żona wpadła na makabryczny pomysł. Poleciła na ciałach swoich niewolnic zrobić według skomplikowanych wzorów głębokie nacięcia. Otwarte rany zasypywano solą, aby blizny pozostały widoczne. Okaleczone, majaczące z bólu niewolnice leżały w kałużach krwi i nikt nawet nie zamierzał opatrywać ich ran. Nie wszystkim zmaltretowanym dziewczętom udało się przeżyć. Bakhita doszła do siebie po dwóch miesiącach. Mimo że dostała się w ręce ludzi o sadystycznych skłonnościach i musiała żyć w przemieszanej gromadzie niewolników, nigdy nie została zgwałcona. „Madonna chroniła mnie, choć ja wcale Jej nie znałam” – wyjaśniała później z wielką prostotą. Miała dobre serce i łagodny charakter, nie potrafiła więc nawet nienawidzić swych prześladowców.

Kiedy generał sprzedał swoich niewolników, Bakhita trafiła do domu włoskiego konsula. Wtedy po raz pierwszy znalazła się wśród ludzi, którzy traktowali ją jak człowieka i uprzejmie się do niej odnosili. Po powrocie do Italii konsul podarował ją rodzinie swoich przyjaciół. Ich trzyletnia córeczka tak bardzo pokochała Bakhitę, że nigdzie nie chciała się bez niej ruszyć. Gdy nowi państwo postanowili przenieść się na stałe do Afryki, Bakhitę na pewien czas umieszczono w prowadzonym przez siostry kanosjanki Instytucie dla Katechumenów w Wenecji. Tu Bakhita rozpoczęła edukację chrześcijańską. Choć nie umiała ani czytać, ani pisać, wprost pochłaniała katechizm. Szczególnie szczęśliwa była, kiedy słyszała, że Bóg widział jej cierpienia. Zachwytem napawało ją to, że jest dzieckiem Boga.

Jezus czeka na ciebie

Gdy jej pani wróciła, żeby zabrać Bakhitę do swojego domu, ta – mimo miłości, jaką darzyła tę rodzinę – stanowczo odmówiła. Postanowiła zostać u sióstr, co umożliwiła jej interwencja królewskiego prefekta i kardynała patriarchy Wenecji. Bakhita została ochrzczona, przystąpiła do sakramentu bierzmowania i przyjęła Pierwszą Komunię świętą. Wkrótce też poczuła w sobie powołanie zakonne. Odbyła trzy lata nowicjatu. Przed ślubami egzaminował ją kard. Giuseppe Sarto – przyszły papież św. Pius X – który powiedział: „Jezus czeka na ciebie. Jezus cię kocha. Kochaj Go więc i służ Mu zawsze tak samo gorliwie”.

Pewnego dnia zapytano ją, co by zrobiła, gdyby spotkała ludzi, którzy ją porwali. Odpowiedziała: „Uklękłabym, żeby ucałować ich ręce, bo gdyby wtedy się to nie stało, nie byłabym teraz chrześcijanką ani siostrą zakonną”.

Dzieci z Instytutu podpatrywały, jak Bakhita się modli. Wspinały się nawet na okna, by zobaczyć, jak bardzo pochłania ją modlitwa. W miasteczku Schio, gdzie spędziła ponad 40 lat, nazywano ją Matką Murzynką, a mieszkańcy utwierdzali się w przekonaniu, że mają u siebie świętą.

Oprac. s. Jolanta Chodorska CSL



Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że stosujemy pliki cookies zgodnie z Polityką Cookies.
Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu. OK