Twój e-mail:











Różaniec nr 02/795 2019 - Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Skrojony na miarę

W lutym po raz kolejny w Kościele obchodzony będzie Światowy Dzień Chorego. Ustanowił go św. Jan Paweł II w 1992 r. Data nie jest przypadkowa: jedenasty dzień tego miesiąca to wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, dokąd każdego roku z całego świata przybywają setki tysięcy wiernych, by błagać o uzdrowienie.

Dziś wielu ludzi może czuć się rozczarowanymi współczesną cywilizacją. Potrafimy zaglądać w najdalsze zakamarki kosmosu, budować superszybkie komputery, badać strukturę molekularną komórek itd., a nie radzimy sobie z chorobami i przemijaniem. Co z tego, że przybywa sterylnych klinik, nowoczesnych leków, rośnie stopień specjalizacji lekarzy, skoro cierpienia ani na jotę nie jest mniej? Ba! Wydaje się, że jest go coraz więcej, bo do dolegliwości fizycznych dochodzi udręka duszy wypranej z transcendencji. Eutanazja nie jest rozwiązaniem, podobnie jak coraz mocniejsze środki uśmierzające ból i antydepresanty. Z prostego powodu: cierpienie to przede wszystkim problem metafizyczny.

Mamy naturalną tendencję do utwierdzania się w przekonaniu, że złe rzeczy przydarzają się innym. Nie nam. A gdy już przychodzą, jedną z pierwszych reakcji jest zdziwienie: „Jak to? Przecież miało być inaczej!”. Po nim w kolejce czekają bunt, bezradność, rozpacz. Wtedy trzeba stanąć do najtrudniejszej walki: z sobą samym, ze zniechęceniem, bezsensem. Błogosławiony ten, kto nie zwątpi. I kto nie idzie wtedy przez życie sam.

Gdy umierał ks. Józef Tischner, bardzo przy tym cierpiąc, któryś z przyjaciół zapytał go: „Czy cierpienie uszlachetnia?”. Nie mogąc już mówić, pokręcił przecząco głową: „Nie uszlachetnia…”. Cierpienie jest złe – tu nie ma z czym polemizować. Samo w sobie stanowi absurd, chichot losu i żadna banalna pociecha tego nie zmieni. To Bóg uszlachetnia! – pod warunkiem że nasz ból przeżywamy razem z Nim. Dostajemy wtedy łaskę, dzięki której zaczynamy rozumieć, że cierpienie staje się PRZYWILEJEM towarzyszenia Jezusowi w Jego Męce. Solidarnością z Ukrzyżowanym.

Istnieje legenda opisująca rozmowę człowieka z Panem Bogiem. Była to właściwie ludzka skarga na to, że krzyż jest zbyt ciężki, niewygodny, nie na miarę. W odpowiedzi Bóg zaprowadził człowieka do sali, gdzie stało bardzo wiele krzyży i zaproponował, by wybrał sobie taki, który będzie mu najbardziej odpowiadał. Człowiek długo szukał. Jeden krzyż był zbyt długi, inny za krótki. A gdy wielkość i ciężar były w sam raz, okazywało się, że krawędzie belki są zbyt ostre itd. Wreszcie trafił na taki, który idealnie pasował. Wziął go i pokazał Stwórcy, prosząc, by mógł go zabrać ze sobą. I wtedy usłyszał: „To jest ten krzyż, który niesiesz całe życie. Wybrałeś go, bo jest skrojony na twoją miarę”.

Trudno to pojąć. Dlatego trzeba mocno wierzyć, że „Ten, który własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wydał” (por. Rz 8, 32), będzie „z tymi, którzy Go miłują, współdziałał we wszystkim dla ich dobra” (por. Rz 8, 28). Nie zostawi nas. A jeśli nawet nie odbierze cierpienia, nauczy rozumieć jego sens.

Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że stosujemy pliki cookies zgodnie z Polityką Cookies.
Korzystanie z tej witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu. OK